Blisko 40 tatusiów i jeszcze więcej przedszkolaków wyruszyło z Pruszkowa i okolic na pierwszą wyprawę Ojców i Przedszkolaków. Już od pierwszych minut było wiadomo, że będzie to dzień pełen przygód, rozmów, ale nie pytań z kategorii: „Daleko jeszcze?”.
Podróż pociągiem minęła sprawnie, a pierwszy wagon spełnił swoją funkcję mobilnego centrum integracyjnego. Po dotarciu do Radziwiłłowa Mazowieckiego skierowaliśmy kroki do kościoła św. Antoniego. I tu wydarzył się pierwszy zwrot akcji. Kościół prawie udało się zwiedzić. Prawie. Trwało bowiem piaskowanie elewacji, i tym piachem nam w plecy sypało, jako że wiało. Musieliśmy strategicznie wycofać się z pola działania ekip remontowych. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze.
Następnie ruszyliśmy do lasu. Wędrująca kolumna tatusiów i dzieci wzbudzała niemałe zainteresowanie. Co najmniej kilku okolicznych mieszkańców wyrażało uznanie połączone ze zdziwieniem, że taka ekipa rzeczywiście istnieje i dodatkowo porusza się w jednym kierunku.
Po drugim, a dla niektórych trzecim, a jeszcze dla innych ciągłym śniadaniu odwiedziliśmy plac zabaw przy lokalnej szkole. Na bieżni odbył się wyścig biegowy przedszkolaków oraz mecz tatusiowie na przedszkolaki i chociaż wygrany zasłużenie przez ojców 2:0, to nie można nie napisać, że dzieci walczyły dzielnie, a tatusiowie nie okazywali triumfu tak dobitnie, jak podopieczni Górskiego w 1974. Jak to jest w zwyczaju, dzieci testowały wyposażenie placu zabaw z zaangażowaniem i energią godną zespołu kontrolnego z nadzoru budowlanego. Tymczasem dorośli prowadzili równie wartkie rozmowy.
Po powrocie czekało na nas ognicho oraz wspólne gry i zabawy. Warto odnotować imponująco-budująco-pokrzepiający poziom zaangażowania uczestników w organizację wyprawy. Ktoś rozpalał ogień, ktoś animował zabawy dzieci, ktoś nosił sprzęt, a ktoś w odpowiednim momencie przypominał o sprzątaniu. Pisząc staropolszczyzną iwent był rzeczywiście wspólnym dziełem przy oczywistym zaangażowaniu pomysłodawców i liderów.
Jeżeli ktoś miał jeszcze wątpliwości, czy integracja się wydarzyła, to praktyka dostarczyła niezbitych dowodów. Integracja nastąpiła zarówno na poziomie tata–dziecko, jak i między samymi tatusiami. Nie ma to jak wspólnie przejść kilka kilometrów, podzielić się kanapką, pilnować dzieci i odnaleźć zagubioną butelkę z wodą.
Prawdziwym przebojem dnia okazały się jednak takie duże marshmallow pieczone nad ogniem. Trudno ustalić, czy większy entuzjazm wobec tych pianek wykazywały dzieci, czy ojcowie. Po raz kolejny okazało się, że dzieci nie lubią lodów. A nie, wróć. Lubią.
Zdaje się, że wszystkie dzieci i wszyscy tatusiowie wrócili do domów dość zmęczeni i zadowoleni. I to chyba jest miara udanej wyprawy.
Zapraszamy do obejrzenia fotorelacji!
ul. Staszica 1
05-800 Pruszków
Adres e-mail: tygodnik@azymut.edu.pl